wtorek, 16 czerwca 2015

EKSTREMALNIE Z DMD - Jaworzyna Krynicka "PRZYBYŁEM, ZOBACZYŁEM, ZWYCIĘŻYŁEM"


Udało nam się zdobyć kolejny szczyt - Jaworzynę Krynicką. Trasa pozornie prosta okazała się być nieco trudniejsza niż przewidywaliśmy. Zamiast .... chodzenia sobie po płaskim (na co po cichu liczyłam) przez 1,5 godziny szliśmy pionowo do góry :) i co najdziwniejsze Mati szedł na samym przodzie, a mnie "starej" matce ciężko go było dogonić :). 

Wyruszyliśmy z Czarnego Potoku. Łącznie zrobiliśmy 9km :) co jest już całkiem fajnym wynikiem. Największym wyzwaniem dla Mateuszka był schodzenie z góry, ponieważ wpadliśmy na mało szczęśliwy pomysł żeby zamiast szlakiem zejść stokiem narciarskim. Okazuje się, że dla mojego dziecka chorego na DMD zdecydowanie trudniejsze jest schodzenie z góry niż zdobywanie jej szczytu. 

Ciągle dokonujemy niemożliwego. Dziękuję za to Bogu. A tym bardziej dziękuję, że widzę jak choroba postępuje, jak sterydy niszczą jego mały organizm, a mimo to dzieciak bierze plecak i wchodzi na kolejne szczyty wbrew prawom biologii, wbrew opiniom lekarzy, że nigdy, ale to nigdy takich rzeczy nie będzie robił :).

 Ludzie dziwią się, gdy nas widzą na szlaku z czwórką małych dzieci. Jedni gratulują, inni nie żałują słów zachwytu, jeszcze inni (faceci :P) widząc czterech synów mówią do mojego męża :"jest moc!!!!" (jakoś mało śmieszny żart :p).  Szczególnie wtedy chciałoby się wykrzyczeć tym ludziom, że to dziecko z zanikiem mięśni idzie po kolejny szczyt w swoim życiu:). Że idzie po to żeby zrobić coś czego za jakiś czas nie będzie mógł zrobić, że nie ma czasu by odkładać to coś na potem, bo potem jest przerażające, potem nie istnieje...... 

W drodze na Jaworzynę Krynicką kilku facetów dosłownie wbiegających na szczyt zachwycało się łydkami Matiego. Pomyśleć, że gdy miał dwa latka my też myśleliśmy, że mamy niezłego "mięśniaka" w domu :). Dziś powiększające się w oczach łydki mówią mi tylko jedno, że moje dziecko zmaga się z okropną chorobą, która każdego dnia niszczy jego organizm. 

No i zrobiło się tak jakoś ponuro i smutno, a tak w sumie to życie jest piękne :). Ponarzekać czasem trzeba, bo fałszem by było wciskanie wszystkim kitu, że wszystko jest w porządku. Nie jest i nie będzie, jednak co mogę wycisnąć z życia to wycisnę, bo najgorsza opcja w sytuacji bez wyjścia to poddać się :). 

Mati się nie poddaje, wierzy, że przyszłość przyniesie coś dobrego. Planuje, marzy, mówi mi, że gdy założy rodzinę to kupi sobie kota. I serce pęka na tysiąc kawałeczków gdy to słyszę, ale czy mogę wątpić ja, skoro on tak wierzy?????

Racjonalizm nas przytłacza a Bóg, w którego wierzę, którego kocham i któremu powierzam moje życie jest totalnym fantastą. Słownik synonimów pod tym słowem kryje wszystkie pojęcia jakie mogę przypisać mojemu Bogu :). Fantasta - idealista, marzyciel, aktywista, działacz itd. A dowodem tego Jego sposobu bycia jest dla mnie fakt, że Mateusz Para, mój ukochany syn, który ma trudności   z samodzielnym wychodzeniem i schodzeniem ze schodów, który nie potrafi biegać jak inne dzieci...... idzie kilka, a nawet kilkanaście kilometrów sam na własnych nogach, po nierównym terenie, po kamieniach, korzeniach, często pionowo w górę i pionowo w dół. "To normalnie jest cud jakiś" :D - jak to powiedział jeden lekarz :).

Dlatego trzeba marzyć.........


"PRZYBYŁEM, ZOBACZYŁEM, ZWYCIĘŻYŁEM"









1 komentarz:

  1. Brawo Matysek!!!! Dzielny wojownik z ciebie!

    OdpowiedzUsuń